Tagi wpisów ‘życie’

Energia elektryczna a pogoda – temperatura pozbawi nas prądu?

Panujące upały powodują bardzo duże zużycie prądu. Jeśli pogoda w najbliższych dniach się nie zmieni, może dojść do przerw w dostawach energii elektrycznej – alarmuje „Rzeczpospolita”.

Czytaj więcej na stronie Ekologia.pl: [Wiadomości] Środowisko

Każda plaża tętni życiem

Plaża to nie pustynia – przekonuje dr Lech Kotwicki z Instytutu Oceanologii w Sopocie, biolog i ekolog zajmujący się biologią Bałtyku i mórz wewnętrznych. Choć polskie plaże nie są takie piękne, jak porośnięte palmami wybrzeża tropików, naukowcy odnajdują na nich fascynujące zwierzęta i udowadniają, że nawet garść piasku może być ciekawa, jeśli uświadomimy sobie, że tętni życiem. Pod kocem, na którym się opalamy, wędruje około miliarda różnych stworzeń.

Czytaj więcej na stronie Ekologia.pl: [Polecamy] Przyroda

Wiosenna zadyszka

Dwa tygodnie mijają właśnie od publikacji poprzedniego wpisu. Wprawdzie w ostatnich czasach to nic niezwykłego, jednak mimo to poczułem się w obowiązku by w kilku słowach usprawiedliwić równie kiepską frekwencję. Jak to w życiu bywa najróżniejsze choróbska po ludziach chodzą i nie inaczej stało się ze mną -  bez rozwodzenia się o o szczegółach miesiąc temu rozpocząłem leczenie, które niestety jest trudne i długotrwałe, przy okazji wymaga spożywania dzień w dzień sporej ilości dość wrednych farmaceutyków. Leki jak to leki bez skutków ubocznych obyć się nie mogą i przyjmowane przeze mnie nie są tutaj żadnym wyjątkiem, cała gama zróżnicowanych objawów powoduje, że codzienne życie kształtuje się inaczej, niż bywało wcześniej. Leczenie – optymistycznie – potrwa jeszcze kilka miesięcy, w związku z tym proszę Was o wyrozumiałość: psychika cierpi niestety również w pewnym stopniu w trakcie kuracji, co powoduje, że różnie z moją szeroko rozumianą aktywnością bywa, czy to przy codziennych zajęciach, czy też tutaj, na Cytadeli. Z tego względu najwcześniej latem spodziewać się można powrotu do stabilnej “formy” (jeśli taka kiedykolwiek istniała), co solennie też obiecuję. Pozdrawiam!

Tajemnicze barwy Wszechświata #11

Spoglądając na zdjęcie poniżej stwierdzicie pewnie w pierwszym momencie, że do nadzwyczajności mu całkiem daleko – ot, zdjęcie Księżyca jakich wiele. Kiedy jednak przyjrzycie mu się wnikliwiej zauważycie pewien drobny, aczkolwiek trochę niepokojący szczegół – element, dzięki któremu zdjęcie to warte jest jednak wyróżnienia.

Drobna jasna plamka na tle części Księżyca kryjącej się w cieniu nie jest ani poświatą wybuchu jądrowego ani też blaskiem gorejącego wulkanu, można też wykluczyć z góry, że to obca cywilizacja, mająca siedzibę na Srebrnym Globie a przez nas dotąd niewykryta, organizuje jakiegoś sortu księżycowe dożynki. Wprawdzie plamka ta nie jest bogata w szczegóły i z tego względu może znaleźć się wśród Was malkontent, który mi na słowo nie uwierzy, jednak reszta jak sądzę z pewnym zaskoczeniem zaakceptuje stwierdzenie, iż plamka ta to nic innego jak wytwór ludzkiej cywilizacji – Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS), wędrująca w swej orbitalnej podróży na tle satelity Ziemi.

Zdjęcie wykonane zostało przez fotografa Fernando Echeverria, który w tajemniczy sposób zdołał uchwycić maleńką stację przemykającą niezwykle szybko przed tarczą Księżyca. Fotograf wykonał zdjęcie zaledwie kilka dni temu – dokładniej 5. kwietnia, ok. kwadrans przed startem promu “Discovery” w kierunku rzeczonej stacji. Punktem obserwacyjnym było Kennedy Space Center na Florydzie, z którego to sam prom również startował.

Źródło zdjęcia

Credit: Fernando Echeverria/NASA

Warp drive will kill you (not!)

Choć szczerze przyznam, że najgorliwszym pod słońcem fanem uniwersum “Star Trek” nie jestem (wolę od niego mimo wszystko baśniowy kosmos „Gwiezdnych wojen”), to nie oznacza to wcale, że niezwykła wizja świętej pamięci Gene Roddenberry’ego jest mi zupełnie obca – trudną do oszacowania ze względu na moją słabą pamięć serię filmów kinowych (o malejącej regularnie z każdą częścią sagi jakości, choć chlubnym wyjątkiem jest ostatnia część z 2009 roku pod tytułem po prostu „Star Trek”, którą to nawet zobaczyłem z żoną w kinie ku jej i mojej niekłamanej uciesze) widziałem, a jakże, swego czasu w wieku nastoletnim śledziłem również z zapamiętaniem serial „Star Trek: Następne pokolenie” z niezapomnianym Patrickiem Stewartem, grającym kapitalnego kapitana-łysola Jean-Luc’a Picarda. Co prawda czasy się zmieniają i obecnie bardziej interesuje mnie pierwsza kultowa odsłona serialu „Star Trek: The Original Series” z lat sześćdziesiątych minionego wieku – jako produkcja o ogromnym potencjale „rozweselającym” (kto nie zna ten gapa i niech zobaczy choćby ten arcygenialny, jesli nie najlepszy w ogóle, moment serii), jednak i tak trzeba sprawiedliwie przyznać, że obok mrocznych wizji Dartha Vadera i szlachetnej postawy rycerzy Jedi to świat Star Treka właśnie zdobył największą popularność wśród fanów kinowo-telewizyjnego science-fiction.

Trudno się więc dziwić, że jako niedoszły „Trekkie” z niemałym zainteresowaniem wczytałem się w artykuł, który pojawił się na łamach portalu Space.com. W artykule tym autor donosi o niejakim Williamie Edelsteinie, fizyku z Johns Hopkins University (Baltimore, USA), który podczas konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego (American Physical Society), odbywającej się w Waszyngtonie 13-tego lutego, zaprezentował wyniki swego cokolwiek frapującego aczkolwiek kontrowersyjnego – o czym później – opracowania. Edelstein zaprezentował słuchaczom w pierwszej kolejności kultowy fragment każdego chyba z filmów „Star Trek”: kapitana Kirka rozkazującego Scotty’emu wejście w prędkość „warp”. Natychmiast po zademonstrowaniu tego soczystego kawałka filmowej klasyki skomentował widziane słowami: „Well, they’re all dead”.

Dlaczego aż tak kiepsko? Dwadzieścia lat temu syn Edelsteina postawił mu pozornie błahe pytanie – czy w przestrzeni kosmicznej istnieje coś takiego jak tarcie? Edelstein bez namysłu odpowiedział, że tak, przestrzeń kosmiczna bowiem, mimo iż w porównaniu z warunkami dla nas swojskimi jest niemal idealnie „pusta”, to zawiera średnio dwa atomu wodoru na centymetr sześcienny, w przypadku poruszającego się „czegoś” atomy te „ocierają się” więc o „to”. Bardzo to niewielkie zagęszczenie atomów i w przypadku teoretycznych pojazdów, poruszających się z małymi prędkościami, nie gra żadnej roli, jednak w przypadku prędkości relatywistycznych już jak najbardziej. Jak się okazuje pytanie to nurtowało Edelsteina przez następne dwadzieścia lat (miejmy nadzieję, że znalazł w międzyczasie jeszcze czas na inne zajęcia) aż do momentu, gdy w ostatnim czasie – wspólnie z dorosłym już synem – zajął się fachowymi obliczeniami. Na tapetę obaj panowie wzięli scenariusz, w którym statek kosmiczny miałby przebyć połowę Drogi Mlecznej w czasie 10 lat. Powiecie: niemożliwe, jednak teoretycznie nie można temu pomysłowi nic zarzucić – teoria względności mówi w końcu, że w przypadku prędkości relatywistycznych (czyli bliskich prędkości światła w próżni) czas ulega znacznemu skróceniu.

Załóżmy więc, że taki statek Edelstein wraz z synem Arthurem zbudowali i gnają przez otchłanie Galaktyki. Zdaniem Edelsteina taka podróż byłaby skazana z góry na niepowodzenie – podróż przy „tylko” 99% prędkości światła (ciągle za małej, by pokonać wspomniany dystans w ciągu 10 lat) powodowałaby, że statek kosmiczny byłby bombardowany cząsteczkami wodoru, które raziłyby pojazd promieniowaniem przekraczającym dawkę skuteczną 61 siwertów na sekundę. Jednostka ta brzmi dość egzotycznie i dla mnie – wystarczy powiedzieć, że już dawka 1 siwerta na cały organizm człowieka prowadzić może do ostrego zespołu popromiennego, co najczęściej kończy się śmiercią. Doświadczenia załogi na takim statku porównywalne stałyby się więc przeżyciom inżynierów placówki CERN, którzy przypadkowo dostali się pod „ostrzał” Wielkiego Zderzacza Hadronów, „strzelającego” do nich wysokoenergetycznymi protonami. Niezależnie od wszystkich innych „kłopotów” związanych z podróżą kosmiczną promieniowanie to zabiłoby wszelakie życie na statku kosmicznym, nie wspominając o elektronice, która padłaby równie łatwo.

Ratunkiem mogłyby być tutaj osłony przed zabójczym promieniowaniem, problem jednak wcale nie staje się przez to bliższy rozwiązania – osłony z ołowiu, pierwiastka cokolwiek ciężkiego, musiałyby posiadać grubość nawet do kilku kilometrów! Biorąc pod uwagę fakt, że wraz z rosnącą prędkością energia konieczna do przyspieszania obiektu rośnie w szalonym tempie, dodatkowe miliony ton (strzelam) z pewnością nie byłyby zbyt ekonomiczne.

Warto tutaj zaznaczyć, że rewelacje Edelsteina nie są zbyt oryginalne – o tym, że promieniowanie byłoby bardzo kłopotliwe w trakcie podróży podświetlnych, wiadomo już od dawna. Kiedy jednak zajrzycie do gorącej dyskusji pod samym artykułem, dojrzycie również sedno problemu: nieporadne wiązanie przez Edelsteina czystego science-fiction z faktami naukowymi, przy czym Edelstein wybiórczo dobiera zarówno elementy tego pierwszego jak i drugiego. Fizyk twierdzi, że promieniowanie zabiłoby załogę statku Enterprise, kiedy to kapitan Kirk zleciłby Scotty’emu przejście w „warpa”. Otóż – pozostając w świecie „Star Treka” rzecz jasna – to całkowicie nieprawda, gdyż o problemie promieniowania myślał sam twórca serii, Roddenberry, wyposażając statek w osłony i deflektory, mające za zadanie eliminiowanie takich (i nie tylko) zagrożeń. Co gorsza jednak Edelstein trochę miesza pojęcia – napęd warp nie ma nic wspólnego z przyspieszaniem statku do prędkości świetlnej, ba, nie ma nic wspólnego z ruchem jako takim. Z samej definicji napęd warp sluży do zakrzywiania przestrzeni – statek Kirka nie przemieszcza się w „zwykłej” przestrzeni, jedynie napęd wytwarza podprzestrzenną bańkę, która przemieszcza się do miejsca przeznaczenia – sam statek nie porusza się w niej wcale. Można to zauważyć choćby wtedy, gdy Enterprise przechodzi do prędkości warp – samo przyspieszenie musiałoby z załogi pozostawić mokre plamy.

Możemy sobie żartować ze „Star Treka”, jednak problem leży tak naprawdę w tym, że Edelstein jako naukowiec nie do końca przemyślał chyba swój referat – skoro już sięgamy do napędu rodem z fantastyki naukowej to trzeba go akceptować wraz z jego przypadłościami, a więc wspomnianymi deflektorami i podprzestrzenną podróżą. Wtedy przykładanie fizycznych właściwiości rzeczywistego Wszechświata do takiej technologii mija się z celem – to prawda, że próby przyspieszania statku kosmicznego w naszym świecie skończyłyby się ugrillowaniem załogi przez wodór, jednak w naszym świecie nie istnieje również napęd warp jako taki. Prezentacja tematu przez Edelsteina pozostawia pewien niesmak, gdyż brak w niej naukowej konsekwencji.

Źródło:

Link 1

Zdjęcie: Hm…

Źródło zdjęcia

Credit: locustsandhoney.blogspot.com

Życie w wieloświecie

Abstrahując od barwnych konfabulacji nawiedzonych osobników pragnących wątpliwego gatunku sławy, którym w najdziwniejszych momentach przytrafiają się bliskie a nawet czasem bardzo bliskie spotkania z przedstawicielami obcych form życia, nasza odpowiedź na odwieczne pytanie o miejsce ludzi we Wszechświecie brzmiące dwojako – jesteśmy nieskończenie udanym i niepowtarzalnym arcydziełem w skali całego Kosmosu czy też jedną z niezliczonych, mniej lub bardziej pokracznych, manifestacji życia, od których dosłownie kipi każdy zakątek tegoż – zależy tylko i wyłącznie od jednego:  osobistych preferencji osoby na to pytanie odpowiadającej. Oczywista poniekąd własność Wszechświata – jego niewyobrażalna wielkość i wynikające z niej skale odległości – udaremnia póki co każdą próbę uzyskania miarodajnej odpowiedzi; zapomnijmy o kontynuowanym już od sześćdziesięciu lat i bezsensownie marnotrawiącym fundusze projekcie SETI (a niby dlaczego obce cywilizacje miałyby wysyłać do nas sygnały na wybranych przez naukowców częstotliwościach?), zapomnijmy o słynnym równaniu Drake’a, w którym dowolnie dobierane zmienne mogą prowadzić do wyników akurat takich, jakie są nam na dany moment potrzebne – zapomnijmy w końcu o podróżach kosmicznych w celu eksploracji Galaktyki, które w przewidywalnej przyszłości nie będą możliwe (jeśli w ogóle kiedykolwiek będą) – faktem jest, że w chwili obecnej nasza opinia o tym, czy życie jest lub nie jest czymś „zwyczajnym” w skali Wszechświata, zależy tylko od naszych przekonań.

Ponieważ moim niezaprzeczalnym przywilejem jest kształtowanie tego wpisu wedle mojej woli, dodam – propagując mój własny światopogląd – że powtarzalność fenomenu „życia” we Wszechświecie musi w zasadzie być czymś niezaprzeczalnym: wspomniana wcześniej własność Wszechświata, jego wielkość, miriady galaktyk, które go zasiedlają, wymuszają na rozsądnie myślącym cżłowieku akceptację faktu, że Ziemia nie jest jedynym miejscem, w którym powstało życie właśnie. Oczywiście, dowodu żadnego na poparcie tej odważnej tezy przedstawić nie mogę, jednak pomyślcie tylko – nasza Galaktyka, Droga Mleczna, zawiera kilkaset miliardów gwiazd – jaki procent z nich posiada układy planetarne ciągle jest kwestią niejasną – Droga Mleczna jest jedną z miliardów galaktyk w obserwowalnym – powtarzam, obserwowalnym! – Wszechświecie, przy tak przytłaczających liczbach trudno oczekiwać zaprawdę, że z pierwiastków obecnych na Ziemi (które nawiasem mówiąc nie wydają się być pierwiastkami zarezerwowanymi tylko dla tej planety, wręcz przeciwnie) powstało coś, co gdzie indziej powstać nie może. Tak jak napisałem wcześniej – jeśli ktoś chce wierzyć, że życie na Ziemi jest niepowtarzalnym cudem, nie przekona go i tak żadna argumentacja.

Choć nasz Wszechświat jest tak przestronnym miejscem, w którym wszystko powinno być w zasadzie możliwe, naukowcom nawet taka gigantyczna piaskownica wydaje się nie wystarczać. Jedną sprawą jest bowiem zastanawianie się nad tym, jak często życie mogło zakwitnąć w naszym Wszechświecie, zupełnie inną parą kaloszy jest jednak spekulowanie co do tego, czy życie mogłoby powstać w innym Wszechświecie. Możecie zaoponować – jak to „innym”, jednak niektórzy z Was z pewnością słyszeli o współczesnych poglądach części kosmologów, którzy wcale nie wykluczają istnienia „innych” Wszechświatów właśnie. Mniejsza o mechanizmy, które za takim „wieloświatem” („multiverse” z angielska) miałyby stać – wymagałoby to rozdęcia tego wpisu do rozmiarów sporego artykułu, dodatkowo zapędziłoby autora w rejony, w których czuje się dość niepewnie – wystarczy przyjąć, że analiza współczesnych teorii naukowcy nie wyklucza istnienia nieskończonej wręcz liczby Wszechświatów, podobnych i niepodobnych zarazem do naszego.

Niezależnie od genezy takich Wszechświatów bezpośrednie badanie ich „zawartości” nie jest i nie będzie możliwe – w związku z tym naukowcy mogą tylko swawolnie spekulować co do tego, jakie te Wszechświaty mogłyby być. Jednym z najważniejszych powodów, który pociąga naukowców w takich rozważaniach, nie jest wbrew pozorom sam fakt poszukiwania życia: przyczyną zdaje się być niepokojące (pozornie moim skromnym zdaniem) i bardzo subtelne „dostrojenie” naszego Wszechświata do życia.

Co przez to rozumiemy? W filozofii i jednocześnie kosmologii od kilkudziesięciu lat istnieje pewna zasada, która ma wielu zwolenników, jak i również wielu zagorzałych przeciwników. Mowa o tzw. zasadzie antropicznej.  Zasada ta jest niejako próbą odpowiedzi na odwieczne pytanie – dlaczego Wszechświat jest taki właśnie, jaki jest, dlaczego prawa fizyczne są takie a nie inne. Zgodnie z brzmieniem tej zasady wszystko to jest właśnie takie, bo… istniejemy. Gdyby ludzie jako tacy nie istnieli, wówczas nie istniałby obserwator, który mógłby stwierdzić, że Wszechświat jest taki lub owaki. Wynika z tego pośrednio wniosek, że Wszechświat jest taki właśnie, jakim go obserwujemy, bo my, ludzie, istniejemy. Mówiąc szczerze zasada antropiczna nigdy do mnie nie przemawiała – skądinąd nigdy nie potrafiłem znaleźć przyczyny, dla której prawa fizyki jak i cały Wszechświat NIE MOGŁYBY być takimi jakimi są, w związku z czym nic nie przemawia za tym, by ludzie nie mogli powstać.

Problem jest oczywiście głębszy – tutaj w końcu wracamy do problemu „dostrojenia” Wszechświata. Polega on w skrócie na tym, że ogromna ilość stałych w przyrodzie wydaje się być niezwykle precyzyjnie „dopasowana” do tego, by życie jako takie mogło powstać na Ziemi. Ledwie zauważalne nawet zmiany tylko jednej z nich prowadziłaby nieuchronnie do zupełnie innego wszechświata, w którym – przykładowo – nie powstawałyby wcale gwiazdy lub który zapadłby się w chwilę po jego powstaniu, w każdym bądź razie takiego, w którym człowiek nie miałby racji bytu.

Wiele hipotez wysunięto co do „precyzyjnego dostrojenia” – najoczywistszą dla wielu wydaje się ingerencja „wyższej siły”, która w taki a nie inny sposób poukładała wszystkie prawa fizyki. Ponieważ nie chciałbym zagłębiać się tutaj w otchłanie filozoficznych dywagacji, zostawię to pod Waszą rozwagę – superintelekt czy przypadek, każdy decyduje sam.

Teorie „wieloświatów” wydają się być niezłą alternatywą dla wyżej opisanego podejścia – w przypadku, gdy Wszechświatów jest nieskończenie wiele (a przynajmniej bardzo ale to bardzo dużo), znika konieczność stosowania zasady antropicznej, dostrojenie staje się również bardziej „naturalne” – nie mówimy już w końcu o jednym Wszechświecie o takich a nie innych stałych fizycznych, a o wielu wszechświatach, gdzie każdy z nich charakteryzuje się innym „zestawem” stałych. Tym samym geneza życia sprowadza się do tego, iż powstało ono po prostu w takim z Wszechświatów, w którym warunki były akurat sprzyjające. Koniec, kropka.

Nie raz i nie dwa naukowców badali konsekwencje, jakie niosłaby ze sobą zmiana pojedynczej stałej fizycznej dla całego Wszechświata. Wbrew pozorom cały ten misterny mechanizm skonstruowany jest w taki sposób, by funkcjonować doskonale, jednak tylko w bardzo wąskim przedziale. Naiwnie można by w końcu założyć, że zmiana, weźmy na to, poziomów energetycznych w atomie pierwiastka takiego jak węgiel nie powinna mieć dużego znaczenia – cóż, okazuje się, że taka zmiana oznaczałaby martwy Wszechświat.

Rozważano więc konsekwencje zmiany pojedynczej stałej – pójdźmy jednak o krok dalej i zastanówmy się nad tym, co działoby się wówczas, gdyby naukowców dopuszczono do kilku lub więcej „pokręteł” w maszynerii Wszechświata? O ile zmiana jednej tylko stałej prowadzi nieuchronnie do katastrofy, o tyle zmiana kilku stałych może doprowadzić do całkiem ciekawych wyników.

W lutowym wydaniu „Świata Nauki” ukazał się bardzo ciekawy artykuł, w którym amerykańscy badacze z instytutu MIT (Massachusetts Institute of Technology) rozważali właśnie takie podejście. Co prawda artykuł ten jest ogólnie dostępny w czasopiśmie, jednak uznałem, że warto kilka słów naskrobać o nim samym, dodatkowo dotarłem również do tekstu opublikowanego przez samą uczelnię. W każdym bądź razie zainteresowanych odsyłam dodatkowo do samego pisma.

Fizycy Robert Jaffe, Alejandro Jenkins oraz Itamar Kimchi przyjęli, że istnieje coś takiego jak „wieloświat”. To pierwsze założenie – drugim, może i dyskusyjnym, jednak upraszczającym analizę, było założenie, że analizujemy owe wszechświaty alternatywne biorąc pod uwagę ich „dostrojenie” dla życia opartego na węglu. Założenie to było w zasadzie konieczne, gdyż nie nakładając tego ograniczenia spekulacje stałyby się zupełnie dowolne. Idźmy dalej – praca naukowców z MIT jest wyjątkowa pod pewnym ważnym względem – o ile dotąd analizowano konsekwencje zmiany jednej stałej, o tyle badacze z USA zastanawiali się nad tym co by się stało, gdyby zmienić tych stałych kilka.

Wbrew pozorom wnioski, do jakich doszli, były dość zaskakujące – nawet wszechświaty o zupełnie innym „zestawie” stałych nie musiałyby być automatycznie martwe. Przykłady? Proszę bardzo.

Amerykańscy fizycy manipulowali przy masach kwarków – elementarnych składników materii. W naszym Wszechświecie tzw. kwark dolny jest mniej więcej dwa razy cięższy od tzw. kwarka górnego (nie pytajcie o więcej szczegółów!), z tego też powodu neutron posiada masę większą o 0,01 % od masy protonu. Tak to wygląda w przypadku naszego świata i jak widzimy to na własnym przykładzie działa to wyśmienicie. Jaffe z kolegami założył jednak, że w wyimaginowanym wszechświecie sprawy mają się inaczej – tam kwark dolny nie dość, że nie jest cięższy, to jest nawet lżejszy: protony stawały się tym samym cięższe od neutronów o 1%. I cóż się okazało? W takim scenariuszu byłoby ciągle hipotetycznie miejsce na życie oparte na węglu – najważniejsze z punktu widzenia naukowców pierwiastki – wodór, węgiel i tlen – istniałyby w stabilnych formach, umożliwiając powstawanie skomplikowanych cząsteczek.

To tylko jeden z przykładów – manipulacji przy masach kwarków naukowcy podjęli więcej, znajdując grupę wszechświatów, w których mimo egzotycznej struktury cegiełek materii ciągle mogłoby powstać życie „węglowe”. Przy okazji naukowcy z MIT wspominają również o innych badaczach (z Lawrence Berkeley National Laboratory), którzy, można by rzec, poszli jeszcze dalej w swoich poszukiwaniach – naukowcy ci bowiem nie majstrowali przy masach cząstek a całkowicie wyeliminowali jedną z czterech fundamentalnych sił przyrody definiujących nasz Wszechświatoddziaływanie słabe. I tutaj się okazało, że mimo braku fundantalnej w końcu siły niewielkie zmiany w pozostałych oddziaływaniach mogłyby prowadzić do powstawania stabilnych pierwiastków mających znaczenie dla życia.

Oczywiście prace obu zespołów są czysto spekulacyjne – w żaden sposób nie uda nam się ani potwierdzić ani zanegować wyników tych opracowań z tego względu, że inne wszechświaty (o ile oczywiście w ogóle istnieją, co również podlega dyskusji) nie będą nigdy podlegać obserwacjom. Mimo to takie zabawy myślowe mają swoje znaczenie – nawiązując do zasady antropicznej oraz „dostrojenia” Wszechświata, o którym wspominałem na początku tego wpisu, może pomóc nam zrozumieć jakie naprawdę jest nasze miejsce we Wszechświecie.

Fragment artykułu w “Świecie Nauki”

Źródła:

Link 1

Różnorodność biologiczna to życie – wystawa w Fokarium w Helu

Bogactwo polskiej przyrody, różnorodność świata roślin, epizody z życia zwierząt oraz wpływ człowieka na różnorodność biologiczną – to wszystko można zobaczyć na fotografiach promujących Międzynarodowy Rok Różnorodności Biologicznej w Fokarium w Helu. Stacja Morska Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego (IO UG) gości wystawę fotograficzną Ministerstwa Środowiska pt. „Różnorodność biologiczna to życie”. Prace laureatów konkursu fotograficznego można oglądać do 30 lipca.

Powrót do góry